Ocalić od zapomnienia”

Z okazji 65-lecia szkoły zebraliśmy wspomnienia absolwentów, nauczycieli i pracowników szkoły:

Wydanie I rok szkolny 2009/2010

Wspomnienia z Jedynki

Naukę w Szkole Podstawowej nr 1 w Słupsku rozpoczęłam w 1984 roku. Dołączyłam do klasy V a. Pod koniec roku szkolnego 1984/85 bardzo uroczyście obchodziliśmy 40-lecie szkoły. Dyrektorem była wtedy Pani Janina Rychter. Pamiętam, że długo trwały przygotowania występu chóru szkolnego oraz zespołu fletowego, do których należałam. Specjalnie na tę okazję były szyte stroje dla chóru. Nie zawsze rozmiar stroju pasował na ucznia, ale ogólnie chór prezentował się elegancko. Muszę tutaj dodać, ze co roku chór startował w przeglądach wojewódzkich  i zajmował czołowe miejsca.
Moją pierwszą wychowawczynią była Pani Krystyna Włodarczyk.
Z pomieszczeń szkolnych najbardziej zapamiętałam klasę języka polskiego, chemii, biologii i geografii. Na lekcjach geografii często oglądaliśmy filmy wyświetlane z taśm szpulowych.
Minęło 25 lat od czasu kiedy poznałam mury Szkoły Podstawowej nr 1. Na pewno szkoła jest teraz bardziej kolorowa wewnątrz niż kiedyś. Natomiast poziom nauczania był i jest nadal na wysokim poziomie. Dlatego cieszę się, że moja córka kontynuuje tradycje rodzinne  i uczy się w „naszej” Jedynce.

Adrianna Dargiel

 

Moi Drodzy, dołączam to i owo wraz z serdecznymi życzeniami od wdzięcznego ucznia.
Popatrzcie do czego „to coś” doszło w pracy.
Zawdzięczam mojej Jedynce sporo: zarażono mnie tu miłością do muzyki, nauczono słuchać Chopina/Szopena [jak kto woli], nauczono pisać od ręki i jeszcze paru innych, pożytecznych rzeczy. Dziś pracuję jako tłumacz w dwóch firmach, rozbijam się po wszystkich kontynentach (byłem m.in. w Azji!!! Samolotem!!!) i robię dużo dla innych, a dla siebie mam nie lada frajdę, bo przecież „tyle jesteś wart, co możesz dać innym lub dla nich zrobić”.
Dziś, kiedy kraj płacze po wiadomej katastrofie – powiem Wam co napisałem w księdze kondolencyjnej: JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA i R.I.P. To pierwsze dlatego, że ma jeszcze Was i nas, a to drugie po to, żeby się nie rozpisywać zanadto. Ani Wy, ani my (i ani ja) nie damy Polsce zginąć.
Aha: wspaniała Szkoła nie daje zapomnieć o sobie, bo właśnie spod niej jeżdżę co dnia do jednej z moich prac, a wracająco drugiej TEŻ mijam Jedynkę.
Wszystkiego najlepszego na dalsze lata, Kochana Ruda Budo Nr 1!

Twój Wojciech M. Wachniewski

uczeń z lat 1963 – 71

 

Nasza „Ruda Buda” i ja

Wszystko zaczęło się wprawdzie w sierpniu 1945 roku w zupełnie innym budynku i miejscu miasta, ale przecież to ta, nie inna Szkoła od z górą sześciu dziesiątków lat wyciąga „ramiona”, by zaprosić pod swoje skrzydła jak najwięcej dzieciaków z okolicy.
Przez osiem lat zebrało się tyle miłych wspomnień, że trudno pisać o wszystkim, opowiem więc najpierw o naszych pięciu wycieczkach, na które zabrała nas w trzeciej, czwartej, piątej, siódmej i ósmej klasie pani Ewa Piorunowska.
Te wycieczki to był prawdziwy przebój tamtych czasów – organizacja każdego takiego przedsięwzięcia nie była bynajmniej sprawą łatwą, ale na szczęście wszystko się udawało i tak zwiedziliśmy Trójmiasto z Westerplatte, Kołobrzeg, Malbork z zamkiem, Szczecin ze Świnoujściem i na koniec kawał południowej Polski z Krakowem, Zakopanem i Częstochową.
Dwa razy przeżyłem szok.
Pierwszy raz – przychodząc do pierwszej klasy „Jedynki” we wrześniu 1963 roku. Nowe miejsce wcale mi się nie podobało, bo przychodząc tu w wieku niespełna siedmiu lat wcale dobrze umiałem już pisać i czytać. Zdarzało się więc, że szkrab Wojtuś zwyczajnie uciekał do domu już po dwóch, zamiast po trzech lekcjach, bo mu się nudziło, a Mama najspokojniej przyprowadzała go z powrotem do szkoły. Podobno rodzice chcieli posłać mnie od razu do drugiej klasy, ale na całe szczęście na chęciach się skończyło, bo w latach następnych niechybnie okazałoby się na przykład nader boleśnie, że ich Wojtuś najzwyczajniej nie zna pisma odręcznego…
Drugi szok, we wrześniu 1968 roku, był większy – wtedy rozstaliśmy się wszyscy z zeszytami w trzy linie i cała moja umiejętność ładnego pisania, mozolnie „szlifowana” przez pierwsze cztery szkolne lata, w jednej chwili „poszła w diabły”, bo nagle zabrakło dwóch linii i litery, które dotąd stały w szyku i na baczność – rozbiegły się na wszystkie strony i trzeba było czterech kolejnych lat i kratkowanego papieru, by moje pismo znów nabrało jakiego-takiego kształtu i wyrazu.
W piątej klasie nasza nowa Pani od polskiego – p. prof. Dzwonnik – wciągnęła mnie do pracy w szkolnym kole recytatorskim i tak mogłem wziąć udział w największym chyba wydarzeniu w całej historii Szkoły, to jest nadaniu jej imienia Henryka Sienkiewicza w maju 1970 roku.
Od dawna jestem „molem książkowym”, ale jakoś nieszczególnie „wchodziły” mi w Szkole przeróżne lektury. Niektóre z nich przeczytałem porządnie dopiero po wielu, wielu latach. Jedną z takich był Mickiewiczowy „Pan Tadeusz”, po którego sięgnąłem przypadkiem pewnego wieczoru w latach osiemdziesiątych, by wreszcie zobaczyć, o czym „to Coś” w ogóle jest. Wierzcie, lub nie – powtórzyła się historia „Latarnika”: przy lekturze spędziłem całą noc, nie mogąc oderwać się od opowieści sprzed stu pięćdziesięciu lat. Na szczęście, nie musiałem pilnować latarni i nikt mnie nazajutrz nie wyrzucił z pracy, za to spotkana niedługo później Pani Polonistka, gdy opowiedziałem jej moją opóźnioną o ładny kawał czasu przygodę z ostatnim zajazdem na Litwie, rzekła tylko dwa słowa: „A widzisz!”
Od trzeciej klasy uczono nas wychowania muzycznego – niektórzy połknęli bakcyla muzyki i poszli za jej zewem, mnie nauczono przede wszystkim słuchać. O ile wcześniej wyłączaliśmy w domu radio przed każdym koncertem chopinowskim („rzępolenie!!”), z czasem zaczęliśmy pilnie nadstawiać ucha i tak muzyka towarzyszy mojej siostrze i mi do dziś. Wszystko za sprawą szkolnych audycji muzycznych.
Od pierwszych lat w „Jedynce” towarzyszyły mi języki obce – najpierw niemiecki, a potem angielski. Oto w latach sześćdziesiątych ub. wieku niemal co dnia dał się słyszeć z anteny Programu II Polskiego Radia głos ówczesnego korespondenta PR w Bonn, red. Henryka Kollata, który tak często powoływał się w swoich antenowych „wejściach” na tamtejsze gazety, że co bystrzejsi z nas w lot pochwycili tytuły dwóch dzienników: „Koellner Stadt-Anzeiger” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Zwłaszcza drugi z nich stanowił nie lada łamaniec dla bardzo młodych w końcu ludzi. Ci, którzy nie bali się „łamańca” – pracują dziś w Niemczech, Austrii i Szwajcarii.
Z „Jedynki” poszła za mną w szeroki świat nazwa „Schleswig-Holstein” – tak, imię sławnego „Konia Trojańskiego” XX wieku – które od początku, od czwartej klasy wymawiałem poprawnie. Przede wszystkim jednak popłynęły stąd za mną okręty i statki – na swoje nieszczęście przeczytałem w 1966 roku opowieść o „Aurorze” (tej, z której „wystrzał padł”), i tak „Sławny Okręt” z całą czeredą równie znanych jednostek towarzyszy mi do dziś.
Trudno zapomnieć tę Szkołę – ona sama po prostu na to nie pozwala. Każdego dnia, na przystanku „piątki” wsiadam do autobusu, który wiezie mnie do pracy, a przystanek jest tuż koło „Jedynki”!
Na koniec: dlaczego „Ruda Buda”? To proste: piękny i wiekowy budynek główny słupskiej Szkoły Podstawowej nr 1 przy ulicy W. Lutosławskiego 23, gdy patrzy się na niego z pewnej odległości, jest ceglano-rudego koloru.
Sto lat, Szkoło – i dzięki za wszystko.

Wojciech Marek Wachniewski, rocznik 1956,

uczeń „Jedynki” w latach 1963-71

Słupsk, 06.05. 2010 r.

Do Szkoły Podstawowej nr 1 w Słupsku chodziłem 32 lata temu. To długi czas, ale do tej pory wspominam chwile spędzone w szkole. Z perspektywy czasu widzę, że moi nauczyciele to wspaniali ludzie i z sentymentem myślę o tych latach, kiedy rozpoczynałem naukę.
Pani Dołotko – która była moją wychowawczynią    w klasach I-III wprowadzała mnie w atmosferę szkoły, nauczyła czytać i pisać, a także liczyć, później pani dyrektor Rychter „pilnowała” abyśmy wyrośli na porządnych ludzi.
W szkole zawsze czas mijał miło i przyjemnie. W siódmej klasie z okazji andrzejek ogłoszono konkurs na najmilszego Andrzeja w szkole. Tak się złożyło, że to właśnie mnie wybrano tym najmilszym. Muszę przyznać, że sprawiło mi to przyjemność. Jestem dumny, że moi synowie Karol i Mateusz również ukończyli tę szkołę, a córka Julia obecnie jest uczennicą klasy III a.
Pozdrawiam nauczycieli i uczniów

Andrzej Jakimowicz

Mieć satysfakcję

W roku 1956 ukończyłam Liceum Pedagogiczne w Słupsku.  Otrzymałam nakaz pracy na trzy lata. Mając niespełna 18 lat rozpoczęłam swoją pracę nauczycielską w Szkole Podstawowej nr 1 w Słupsku. Na początku swej zawodowej drogi miałam szczęście spotkać dwoje wspaniałych ludzi. Kierownikiem szkoły był wtedy pionier słupskiej oświaty – p. Władysław Kijowski.
Był to nadzwyczaj ciepły człowiek, kochał dzieci, a nauczycieli darzył szacunkiem i wielką życzliwością. Natomiast Aleksandra Trzeciak – zastępca kierownika – nacechowana była nadzwyczajnym taktem i nieograniczoną dobrocią. Pod ich kierunkiem stawiałam swoje pierwsze nauczycielskie kroki. Zostałam wychowawcą I klasy, która liczyła 42 uczniów. Pensum nauczycielskie wynosiło wtedy 36 godzin, toteż poza klasą miałam jeszcze lekcje w innych klasach. Przygotowanie do lekcji wymagało wtedy dużo czasu, gdyż pomocy dydaktycznych w szkole było niewiele i bardzo często wykonywałam je sama. Zapału do pracy mi nie brakowało, ale myśl – jakie będą jej efekty – towarzyszyła mi ciągle.
Nawiązując do tego wspomnę tu jeden moment z mojej pracy, niby błahy, ale dla mnie podbudowujący.
Dzieci, które przychodziły wtedy do szkoły nie umiały czytać i pisać, bo przedszkola tego nie uczyły. Praca zaczynała się więc od podstaw. Taką to klasę objęłam we wrześniu i zmierzałam z nią do końca roku szkolnego, mając na uwadze, by jak najlepiej wykonać zadania wychowawcze i zrealizować program nauczania.
Nadszedł czerwiec – koniec roku szkolnego. Odbyło się jego ogólne, uroczyste zakończenie, połączone z wyróżnieniami i nagrodami. Na rozdanie świadectw klasy poszły do swoich sal lekcyjnych.
Wraz z moimi dziećmi do klasy przyszła też spora grupa rodziców i dziadków. Po rozdaniu cenzurek i życzeniach na wakacje zaplanowałam małą niespodziankę.
Wcześniej napisałam na tablicy dość trudny tekst o minionym roku szkolnym i nadchodzących wakacjach… Zasłoniłam go zasłonką. Dzieci jego nie widziały. W odpowiedniej chwili poprosiłam gospodarza klasy, by to odsłonił. Wzbudziło to zainteresowanie u dzieci i dorosłych. Zapanowała cisza. Po chwili kazałam uczniom głośno go przeczytać, aby rodzice przekonali się, że dzieci sztukę czytania opanowały. Dzieci zrobiły to z radością i wielką ochotą.
Udało się! Moja praca nie poszła na marne. U niektórych rodziców i dziadków widziałam łzy wzruszenia. Wtedy nabrałam przekonania, że nauczycielska praca może dać satysfakcję, a powiedzenie – „Obyś cudze dzieci uczył” – może mieć pozytywną wymowę.

 

Maria Dołotko

Emerytka 37 lat pracy

w Szkole Podstawowej nr 1 w Słupsku

Słupsk, 10.05.2010r.

Szkołę podstawową ukończyłem pięć lat temu. Bardzo miło wspominam czas spędzony w podstawówce. Tak się składa, że moja siostra Julia i ja mamy tego samego wychowawcę, panią Małgorzatę Piechowicz.
Brałem udział w licznych zawodach sportowych, ale najbardziej wspominam warsztaty teatralne, które odbyły się,  kiedy byłem w szóstej klasie. Przez tydzień pracowaliśmy z profesjonalistą (aktorem), który uczył nas sztuki aktorskiej, bardzo nam się to podobało, a finałem tych warsztatów był występ, w którym brali udział wszyscy uczestnicy. Pamiętam, że przedstawialiśmy pantomimę, a mój rekwizyt to fasola, którą miałem w buzi. Grałem opryszka – boksera, który oberwał w twarz i wypadły mu zęby (oczywiście była to ukryta w ustach fasola), a śmiechu było co niemiara.
Czas szkoły podstawowej to były fantastyczne chwile (szkoda, że tylko sześć lat).
Pozdrawiam serdecznie.

Mateusz Jakimowicz

No i znowu. Jak ja nie cierpię poniedziałków… Przytulam się do ściany w szatni i niczym Inspektor Gadget  próbuję przemknąć na górę. Jedno uważne spojrzenie Pani Mirki i … już wie co jest nie tak.
– Marta!! Buty!!!
Nawet nie zaczynam dyskusji, z Panią Woźną nikt jeszcze nie wygrał. Mamrocząc pod nosem, że nie jestem w zerówce, żeby w papciach chodzić zostawiam buty pod ławką. Jakim cudem ona widzi 50 dzieci naraz – zastanawiam się w myślach. Podobno muchy widzą w trzech wymiarach. Gdyby Pani Mirka miała geny gza czy innego owada, to tłumaczyłoby dlaczego zawsze dostrzega kotlecik pieczołowicie upchnięty pod ziemniakami i tak długo każe wracać do stolika, aż się zje. Chociaż ma to też swoje dobre strony. Nikt inny nie jest w stanie znaleźć zagubionej w szatni kurtki, kapcia czy nawet spinki do włosów. No i zawsze widzi jak komuś smutno. Rozmyślania nad budową oka przerywa dzwonek. Pierwszy jest polski.
Pani Krzycka oddaje dyktanda. Mogło być lepiej – trója. Nie moja wina, że wszyscy szli na ognisko i nauczyłam się do połowy… Po krótkiej dyskusji dowiadujemy się, że kożuch nie piszemy przez „rz”, bo wcale nie wymienia się na kurtkę, podobnie jest z pożyczką i portfelem. Kapitulujemy i w bitwie o reguły ortograficzne przegrywamy z wychowawczynią 1:0, ale to jeszcze nie jest nasze ostatnie słowo. Krzysiek przychodzi do szkoły bez plecaka.
– A co ty student? Studenci mogą sobie przychodzić bez niczego – mówi pani Krzycka.
Od tej pory zbiorowo nienawidzimy wszystkich studentów. Za dobrze mają. Potem jeszcze tylko 5 minutowa bura za „zachowanie niegodne ucznia” i „jak tak można” i „co my sobie myślimy”. Należy się nam.  Ktoś przedrzeźniał na przerwie nową Panią od niemieckiego. Oczywiście ze smutnymi minami wyrażamy skruchę i jak zwykle zwalamy całą winę na inną klasę a Pani Krzycka jak zwykle nam nie wierzy. I słusznie. Dzwonek. Prawda jest taka, że połowa chłopaków z naszej klasy zakochała się w Pani Machowiec i mimo że żaden się nie przyzna to próbują zwrócić na siebie jej uwagę. Delikatnie mówiąc – z mizernym skutkiem. Chodzimy za nimi z dziewczynami po korytarzu i radzimy im się zrzucić na kwiaty i napisać wiersz miłosny po niemiecku, a oni za to nas tłuką po głowach. Niewdzięcznicy, chciałyśmy dobrze. Może po prostu nie znają się na kobietach.
Głęboko poruszeni pogadanką postanawiamy założyć Towarzystwo Sienkiewiczowskie (bo wiadomo, że Sinkiewicz nam wzorem). Siadamy na środku holu z kartką na której mamy zapisać jakie dobre uczynki mają spełnić członkowie Towarzystwa w tym tygodniu no i zaczynamy grać w kółko i krzyżyk. Solennie jednak obiecujemy wrócić w najbliższym czasie tematu. Maciek zaczyna snuć jakieś niestworzone wizje o chorobie, którą jak się ma to w ogóle nie trzeba się uczyć ortografii i nie ma się gorszej oceny. Pukamy się w czoło. Chyba za dużo Lema się naczytał.
Bajdurzenia Maćka przerywa matematyka. Pani Burzyńska liczy jakieś nieszczęsne sinusy na tablicy i po raz piąty ze świętą cierpliwością tłumaczy, że ta krzywa linia nie nazywa się fala! My jednak wiemy swoje i też liczymy, tylko że przejeżdżające samochody i chyba nawet wybuch bomby nie jest w stanie odwrócić naszej uwagi od tej misji. Operacja jest tak dobrze logistycznie przygotowana, że GUS mógłby nam pozazdrościć. Liczymy liczbę przejeżdżających samochodów nie tylko według wybranych marek ale i kolorów. Potem zapisujemy wszystko w Karoliny notesiku i pod koniec tygodnia robimy statystyki. Jednak wyniki nie są o końca wiarygodne przez upodobanie Pani Burzyńskiej do niezapowiedzianych kartkówek. Karolina mówi, żebyśmy się tym nie przejmowali bo wyczytała gdzieś, że w takich badaniach zawsze jest margines błędu. Pod koniec roku dla świętego spokoju przestaliśmy mówić na sinusoidę fala.
Teraz muzyka. Sąsiedzi byli bardzo wdzięczni, że nauka gry na flecie trwała tylko przez wrzesień. Nie chciałam ich dobijać informacją, że już 2 miesiące przed Bożym Narodzeniem będę wałkować ” Lulajże Jezuniu”. Niech żyją w błogiej nieświadomości. Na razie wszyscy są zajęci szukaniem przepony, z której Pani Gadomska każe nam śpiewać. Sądzimy, że jest gdzieś w okolicach żołądka. Nasza nowa wersja piosenki „Siedzi ptaszek na dębie, na dębie i dłubie sobie w zębie, sobie w zębie. A jak sobie podskoczy, podskoczy to dostanie między oczy” nie wzbudza powszechnego uznania i kończy się uwagami. Do wychowawczyni nie trafia argument, że szkoła zabija w nas twórcze myślenie. I po raz kolejny – bardzo słusznie.
Na długiej przerwie postanowiliśmy poudawać cząsteczki wody. Maciek z Mateuszem jako dwa atomy wodoru jak wściekli ganiają po korytarzu próbując złapać Karolinę, która ma być tlenem. Bez względu na to, czy sobie  życzy nim być, czy nie. Okazuje się, że bez nadzoru Pani Liberadzkiej chemia może być bardzo niebezpieczna. Wodór wybił sobie kciuka, a tlen ma guza, bo zatrzymał się na drzwiach od sekretariatu, które akurat ktoś otworzył. Chcemy w ramach kształcenia zintegrowanego sprawdzić przy okazji, czy Kamila przyłożyła w te drzwi ruchem jednostajnym czy przyspieszonym, ale ktoś słusznie zauważa, że nie ma sensu do tego wracać, bo sprawdzian z ruchów z fizyki już był.
Geografia. Już od czwartku węszymy kartkówkę. Z reguły nie ma niezapowiedzianych, ale przecież licho nie śpi…  Przybiega zdyszana Karina z równoległej klasy poinformować, że rzeczywiście – mieliśmy nosa. Był test ze stref klimatycznych. Pada blady strach. Co tu robić… Wagary odpadają, zbiorowe zatrucie pokarmowe też. Ściągać się nie da, przecież wiadomo, że są 3 prawa:
1.     Pani Szczurko wszystko widzi.
2.     Pani Szczurko wszystko słyszy.
3.     Pani Szczurko nigdy nie choruje.
Oczywiście najłatwiej byłoby się nauczyć, ale mądry uczeń po szkodzie…  Podejmujemy kroki ekstremalne. Grupa zwiadowcza wyrusza na poszukiwanie szpilki. Po 5 minutach wpychamy ją do górnego zamka i równo z dzwonkiem, niczym stadko grzecznych owieczek ustawiamy się parami pod klasą. Po minucie jesteśmy już w Sali i szykujemy się do kartkówki. Rzeczywiście z nas stado – ale osłów! Sala zamyka się na dolny zamek.
Nareszcie do domu. Galopuję dolnym korytarzem i marzę, żeby była sobota i żeby nie trzeba było tu przychodzić. Jeszcze nie wiem jak bardzo po 10 latach będę chciała znowu być uczniem SP 1 i móc martwić się tylko sprawdzianami.

Marta Kasicka